poniedziałek, 18 listopada 2019

Koncert

Przybyliśmy trzy godziny wcześniej, by załapać się na obiad. Sfinksa nie polecam, szału ni ma za takie ceny. Poszliśmy na krótki spacer, ale nieuchronnie kierowaliśmy się do Katowickiego Spotka. Dopiero przy wejściu zorientowałam się jak wielka to jest impreza. Ochroniarze, obmacywanie, zaglądanie do toreb (mam to na co dzień w robocie, więc żadna nowość). Pani która mnie sprawdzała chyba znudziła się moją nadgorliwością, bo ani mnie nie obmacała ani nie dała do końca pokazać kieszonek w torebce, a trochę ich mam.

Koncert zaczął się jakieś 20 min po czasie, no ale jak na taką impreze przychodzi 8 (słownie osiem) tysięcy osób, to mają prawo porobić się korki w okół budynku. Szczególnie, że w wyniku tego brakło krzesełek i w rezultacie znaleźliśmy się pod samą sceną. Chociaż mnie powoli cierpliwość zaczynała się kończyć. Nie mniej jednak w końcu światła zgasły i zaczęło się.

Na pierwszy ogień poszedł motyw z Transformersów. Potem weszli Avengersi. Spłakałam się przy tym, bo ta seria dała mi wiele emocji. Rozglądałam się po scenie przyglądając się instrumentom, tym jak ludzie grają, patrzyłam urzeczona na chór, ale to wszystko było nic. Avatar i Piraci z Kraibów nie wywołali już łez, jedynie lekkie drżenie wargi.

Pan Krzysztof Iwaneczko jako solista dawał z siebie... no całego siebie, szczególnie przy "I see the fire" z Hobbita, jak szłam do domu, dziewczyna za mną skomentowała, że jeszcze nie widziała, żeby ktoś aż tak cieszył się, że zostanie spalony :P

Za to pierwsze skrzypce (ruda, długie proste włosy) naprawdę idealnie pasowała mi na osobę która gra pierwsze skrzypce. W ruchach jej włosów było widać tą cudowną pasję do muzyki.
To wszystko jednak nic. Naprawdę nic. Już później po prostu słuchałam głośnej muzyki, która psuła się za każdym razem gdy głośniej wchodziły trąbki, ale to może być wina siedzenia pod samymi głośnikami. Czekałam z utęsknieniem aż skończy się muzyka filmowa i zacznie ta część dla której naprawdę tam poszłam. A potem weszło to:
Two Steps From Hell - Inpossible
I serce zaczęło mi dudnić, łzy pocisnęły się do oczu. Bo mimo, że nie mam tego utworu w swojej playliście, słuchanie tego na żywo naprawdę mnie poruszyło (choć to znów mogła być wina siedzenia przy głośnikach). Dobrze, że było tak głośno, bo nikt nie słyszał jak w pierwszym rzędzie płakałam.

Drugiem utworem, który zagrali był:
Two Steps From Hell - Empire of Angels
I ponownie, brak utworu na mojej playliście, ale znam go doskonale. Moje serce ponownie załomotało i spłakałam się po raz kolejny tego dnia. 

Próbowałam coś zobaczyć, ale tak naprawdę widziałam głównie tylko cinematic tych utworów (Zaklęcie mówi, że włączył mi się YT w głowie :P) i parę twarzy z Pozaświata, w zasadzie dwie i wyglądało to raczej jak wspomnienie, a nie połączenie. 

Może gdybym dłużej miała zamknięte oczy...? 

Tak czy owak obudzona się nie czuję. 
Poruszona tak, ale nie obudzona. 

I mam bardzo duży niedosyt, to czytając "utwory wytwórni Two Steps From Hell" liczyłam na jakieś osiem... Dostałam dwa. 

Także to co najbardziej chyba zapamiętam z tego koncertu to łzy, łomotanie serca i za mało Stepsów!  

4 komentarze:

  1. super,że koncert dostarczył Ci tyle emocji!
    okularnicawkapciach.wordpress.com

    OdpowiedzUsuń
  2. Dobre i poruszenie ;) tak myślę :)
    I najważniejsze,że była zabawa!

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie znoszę jak mnie sprawdzają przed koncertami czy meczami. Jeszcze facet jakoś to szybko załatwi, za to kobiety, które sprawdzają inne kobiety czasem aż za bardzo się do tego przykładają. :/

    OdpowiedzUsuń