Jakoś w maju zeszłego roku pojechaliśmy z Zaklęciem do jego rodziny w Czechach, podczas naszej nieobecności Wiedźma Rodzicielka zajmowała się moją Kicią. Kiedy wróciliśmy usłyszałam, że Mizia jest bardzo chuda, wręcz przerażająco, ale ona przecież zawsze była mała i chudziutka. Jednak Wiedźma Rodzicielka upierała się, że coś jest nie tak.
Po badaniach u weterynarza okazało się, że Mizia ma nadczynność tarczycy, nadciśnienie i niewydolność nerki (Mizia ma jedną nerkę od urodzenia). Dostaliśmy leki i co miesiąc lataliśmy na kontrole próbując dopasować poziom hormonu (lek apelka) by jakoś wyrównać jej tą tarczycę...
Mizia miauczała. Jeszcze przed wizyta u weta. Najpierw po nocach, potem po dniach, potem na chwilę przestała jak zaczęła brać leki, potem znów po nocach i dniach... Ryk nie do wytrzymania, z samego wnętrza kota, już nie mówiąc o tym, że nie dało się spać. Nie wiedziałam już co robić. Wet uznał, że demencja (Mizia ma 13 lat)
Ostatecznie, głownie z powodu dojazdów (naprawdę nie uśmiecha mi się targać kota autobusem do weterynarza), ale też trochę dlatego, że miałam wrażenie, że u tego weta robią wizyty taśmowo, postanowiłam zasięgnąć drugiej opinii, zwłaszcza, że wszelakie sposoby na załagodzenie kociej demencji wyczytane w necie nie dawały rezultatów.
Poszłam zatem tam, gdzie mam pięć minut drogi. Zaniosłam kartę kota i ostatnie wyniki, zaniosłam też samego kota celem dowiedzenia się dlaczego u licha ona tak miauczy. Pani Dr Ilona dokładnie obejrzała kotkę. Naprawdę nie widziałam by wcześniejszy wet tak ją oglądał. Uznano, że Kicia ma infekcje w pyszczku ("czy państwo czują jak jej śmierdzi z pyszczka?"), w związku z tym leki które bierze mogą nie przynosić rezultatu, a miauczeć może, bo ją boli.
Zrobiliśmy ponownie badania, dostaliśmy kroplówki na nerkę (latałam tam przez pól swojego urlopu dzień w dzień) i poszliśmy na zabieg. Ryczałam ze dwie godziny nie mając pewności, czy Kicia wybudzi się z zabiegu. Ale udało się, dostaliśmy kolejne leki, antybiotyk, lek przeciwbólowy, do tego dochodził lek na tarczycę, na nerkę i na nadciśnienie. W tamtym momencie Mizia brała więcej leków za jednym razem niż ja kiedykolwiek. Cały dzień praktycznie podawania leków.
Miauczeć nie przestała, więc dostała lek na uspokojenie, ale nie spełnił swojego zadania.
Ja za to stałam się bardzo wyczulona na jej zachowanie. Na to ile je, kiedy chodzi do kuwety ile śpi, kiedy miauczy.
Rozpłakałam się kiedy pierwszy raz się do mnie przytuliła...
Obecnie leczymy ją drugi miesiąc u nowego weta, musieliśmy przejść na dietę, bo w krwi miała za dużo cholesterolu, nadal chodzimy na kroplówki (dwa razy w tygodniu), bierzemy antybiotyk, bo Kicia ma infekcje w moczu (mogła przejść od zębów, wcześniej nie badaliśmy moczu), tarczyca się ustabilizowała, a Kicia wygląda trochę lepiej, sierść jej nieco odżyła, jest bardziej kontaktowa, dużo śpi, ale też dużo się tuli (mój mały TuliKotek) nie tylko na parapecie w swoim pokoju ale też ostatnio na kanapie!
I patrzę na nią jak śpi sobie spokojnie i lęk mnie ogarnia....
Za każdym razem jak wracam do domu, a ona śpi, nie wstanie, nie przywita się, wtedy od razu muszę sprawdzić czy nadal oddycha. Za każdym razem jak wychodzimy do weta, a ja znów zostawiam tam kolosalne pieniądze, dopada mnie lęk, że o nic nie da. Za każdym razem jak się nie przypilnuje dopadają mnie bardzo złe myśli, że moja mała TuliKocia...
Sama nie wiem co byłoby gorsze, czy decyzja o uśpieniu, bo by cierpiała, czy gdyby umarła we śnie, czy może gdyby nagle dostała zawału (to małe serduszko tak mocno jej bije za każdym razem jak wychodzimy na kroplówkę)...
A najgorsze jest to, że ona wygląda, jakby czuła się lepiej, nawet nie miauczy już tak dużo, a ja mimo wszystko nie umiem pozbyć się lęku, że za chwilę ją stracę :(


trzymam kciuki, będzie, musi być dobrze!
OdpowiedzUsuńokularnicawkapciach.wordpress.com
Prędzej czy później to nastąpi. Koty nie żyją wiecznie, nikt nie żyje. Więc jest to nieuchronne. 13 lat to dobry wiek, dobre życie, Każdy kolejny dzień to prezent :) Zamiast się bać, ciesz się, że kolejny dzień macie, kolejny tydzień macie, kolejny miesiąc. Odwróć lęk na prawą stronę :)
OdpowiedzUsuńPożegnałam już sporo kotów i dla mnie, możliwość eutanazji, gdy już się wie, że czas, to bardzo dobra sprawa. Szkoda, że ludzie tak nie mogą, no, nie wszędzie ;) Śmierć nie jest zła, śmierć to drzwi...trzeba przejść. A potem, myślę, jest fajnie.
Ten komentarz wyraził wszystko, co mogłabym tu napisać.
UsuńZawsze z tyłu głowy gdzieś ta świadomość zostaje, szczególnie, jeśli futrzasty przyjaciel zaczyna chorować.
Pozytywnym apektem w takiej sytuacji jest to, że zwierzak miał dobre życie.
Też bym tak się stresowała gdyby mój kotek był chory
OdpowiedzUsuńDużo zdrowia dla kici!
OdpowiedzUsuńBiedna kicia. Nie dziwię się, że tak się o nią martwisz, też bym się zamartwiała, gdyby coś się stało mojej psince.
OdpowiedzUsuń