niedziela, 12 kwietnia 2020

Ortana


Serce waliło jej jak młotem, a oni wcale się nie kończyli. Delikatny wietrzyk rozwiał jej włosy, kiedy łapała kolejny oddech. Skąd się do cholery wzięli? Nie, to złe pytanie, nie mogła przecież dłużej okłamywać sama siebie. Uderzyła kijem z dzikim wrzaskiem bezsilności. Rozpacz. Byli tworem jej rozpaczy. Szarawe humanoidalne bezmyślne kształty chcące ją pochłonąć, chcące zatopić ją w tej szarości. Zatłukła już ilu? Setki, tysiące? Obróciła się i zamachnęła ponownie, odrzucając od siebie pomniejszą grupkę Rozpaczniaków, jak ich nazywała. Nie mieli twarzy, choć z dziur po oczach płynęły im ciągle czarne jak smoła łzy.

Sama miała ochotę płakać, mimo że minęło tyle czasu, mimo że to był tylko kot. Mimo, że to było tylko ciepłe futerko. Mimo, że wielu nie rozumiało, rozpaczy tak wielkiej, że przeniknęła do PozaŚwiata. Rozpaczy tak potężnej, jakby straciła rodzone dziecko. Jednak walczyła. Bo tak naprawdę tylko to w tej chwili jej pozostało. Nie dać się szarości i brnąć do przodu.

Kolejny pół obrót i krąg wokół niej zrobił się na chwilę luźniejszy. Żałowała, że jeszcze nie skończyła projektu, na który pomysł podsunęła jej nieświadomie Lerra. Ledwie zaczęty leżał teraz w piwnicy, do której nie mogla uciec, bo utknęła tu z tymi szarymi płaczącymi stworzeniami. Sama przeciw armii łez.

Miała jeszcze jedno zaklęcie. Eksperymentalny ładunek magiczny. Zanim sięgnie po ostateczność, zanim wskoczy do jeziora i chwyci nieokiełznane. Uderzenie i wrzask, który milknąc miał zamiar przerodzić się w słowa zaklęcia.

Nagle poczuła czyjąś obecność za plecami. Obecność, która sprawiła, że płacząca szarość nagle przestała być ważna. Była zimna i niepokojąco szybka. Vill spięła się gwałtownie i już zaczęła się obracać kiedy poczuła chłodne ręce na swym ciele. Cichy krzyk wyrwał jej się z ust, gdy kły zatopiły się w jej szyi. Ostatnie co zapamiętała to kij upadający na trawę.

***
Było miękko i przyjemnie. Pachniało znajomo, delikatnie różami. Bez trudu rozpoznała własne łóżko. Nie otworzyła jednak oczu, wyczuwając towarzystwo.

- Chyba nie sądzisz, że nie zauważyłam twojego przebudzenia? - kobiecy chłodny głos.

Vill otworzyła oczy i spojrzała na swoją rozmówczynie. Kobieta pół leżała, pół siedziała oparta na poduszkach na drugiej połowie łóżka. Nogi splecione miała w kostkach i czytała jakąś księgę o uprawianiu ziół. Nie podniosła oczu na Vill, jakby wielce zainteresowana lekturą. Miała białe, krótkie włosy, wygolone z jednej strony, z drugiej opadające swobodnie dłuższe z przodu przy brodzie. Oblizała wargi i przewróciła stronę. 

- Co tu robisz? - zapytała Vill
- Przeglądam twoje książki. Nie powinnaś tyle spać, nie uderzyłam cię aż tak mocno – odparła tamta.

Faktycznie Vill czuła ból w karku, pomasowała się tam delikatnie, jej palce natrafiły na dwa małe punkciki na szyi.

- Piłaś ze mnie – zauważyła.
- Ledwie zasmakowałam, choć trzeba przyznać smakowita jesteś – w końcu kobieta spojrzała na nią czerwonymi oczami – tyle się męczyłaś z tymi szarakami, że już mi się odechciało patrzeć.
- Gdzie oni są?
- Zniknęli kiedy straciłaś przytomność – białowłosa odłożyła książkę.
- Czy wy przypadkiem nie potrzebujecie zaproszenia, by wejść do cudzego domu? - zapytała zgryźliwie.
- Oh, to bujda – wampirzyca lekko się uśmiechnęła.
- Kłamiesz.
- Owszem – odparła tamta.
- Więc jak tu weszłaś? I kim u licha jesteś?

W ułamku sekundy poczuła jak ciało wampirzycy przyciska ją do materaca. Jej blade ręce chwyciły ją za nadgarstki, twarz znalazła się bardzo blisko jej twarzy. Błysnęły białe kły.

- Grzeczniej – warknęła jej w twarz – uratowałam cię, należy mi się trochę wdzięczności.
- A mnie nieco odpowiedzi – odparła Vill niewzruszona pokazem siły. Patrzyła hardo w czerwone oczy, mimo że serce waliło jej ze strachu – Na przykład kim jesteś, skąd o mnie wiesz i jak tu weszłaś? Potem możemy skoczyć na piwo.

Usta kobiety zbliżyły się do jej szyi. Przez chwilę trwała tak, jakby się zastanawiała. Vill poczuła chłodne wargi na swojej skórze. Sekundę później wampirzyca stała już koło łóżka.

- Moje anioły cię widziały – odparła.
- Mówisz o tych kamiennych na cmentarzu? - zapytała, podnosząc się.
- Tak, przyszłam sprawdzić coś za jedna – odwróciła się, by odejść i przez chwilę stała tak z dłonią na klamce drzwi sypialni. - Ortana – zdradziła swe imię i chwile później już jej nie było.

4 komentarze:

  1. Czasami ratunek przychodzi do nas z najmniej spodziewanej strony...

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetne opowiadanie, miło było się zanurzyć w tym świecie...
    okularnicawkapciach.wordpress.com

    OdpowiedzUsuń
  3. I niby ratunek, ale czy na pewno?
    Ktoś tam się zanurza w smuteczki...
    Trzeba mocniej przejść na jasną stronę by wróciła radość;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Opowiadanie świetne :) A żałoba, to jednak proces, musi potrwać, musi się przetoczyć, ma swoje prawa. Powoli...

    OdpowiedzUsuń