Serce waliło jej
jak młotem, a oni wcale się nie kończyli. Delikatny wietrzyk
rozwiał jej włosy, kiedy łapała kolejny oddech. Skąd się do
cholery wzięli? Nie, to złe pytanie, nie mogła przecież dłużej
okłamywać sama siebie. Uderzyła kijem z dzikim wrzaskiem
bezsilności. Rozpacz. Byli tworem jej rozpaczy. Szarawe humanoidalne
bezmyślne kształty chcące ją pochłonąć, chcące zatopić ją w
tej szarości. Zatłukła już ilu? Setki, tysiące? Obróciła się
i zamachnęła ponownie, odrzucając od siebie pomniejszą grupkę
Rozpaczniaków, jak ich nazywała. Nie mieli twarzy, choć z dziur po
oczach płynęły im ciągle czarne jak smoła łzy.
Sama miała ochotę
płakać, mimo że minęło tyle czasu, mimo że to był tylko kot.
Mimo, że to było tylko ciepłe futerko. Mimo, że wielu nie
rozumiało, rozpaczy tak wielkiej, że przeniknęła do PozaŚwiata.
Rozpaczy tak potężnej, jakby straciła rodzone dziecko. Jednak
walczyła. Bo tak naprawdę tylko to w tej chwili jej pozostało. Nie
dać się szarości i brnąć do przodu.
Kolejny pół obrót
i krąg wokół niej zrobił się na chwilę luźniejszy. Żałowała,
że jeszcze nie skończyła projektu, na który pomysł podsunęła
jej nieświadomie Lerra. Ledwie zaczęty leżał teraz w piwnicy, do
której nie mogla uciec, bo utknęła tu z tymi szarymi płaczącymi
stworzeniami. Sama przeciw armii łez.
Miała jeszcze jedno
zaklęcie. Eksperymentalny ładunek magiczny. Zanim sięgnie po
ostateczność, zanim wskoczy do jeziora i chwyci nieokiełznane.
Uderzenie i wrzask, który milknąc miał zamiar przerodzić się w
słowa zaklęcia.
Nagle poczuła
czyjąś obecność za plecami. Obecność, która sprawiła, że
płacząca szarość nagle przestała być ważna. Była zimna i
niepokojąco szybka. Vill spięła się gwałtownie i już zaczęła
się obracać kiedy poczuła chłodne ręce na swym ciele. Cichy
krzyk wyrwał jej się z ust, gdy kły zatopiły się w jej szyi.
Ostatnie co zapamiętała to kij upadający na trawę.
***
Było miękko i
przyjemnie. Pachniało znajomo, delikatnie różami. Bez trudu
rozpoznała własne łóżko. Nie otworzyła jednak oczu, wyczuwając
towarzystwo.
- Chyba nie sądzisz,
że nie zauważyłam twojego przebudzenia? - kobiecy chłodny głos.
Vill otworzyła oczy
i spojrzała na swoją rozmówczynie. Kobieta pół leżała, pół
siedziała oparta na poduszkach na drugiej połowie łóżka. Nogi
splecione miała w kostkach i czytała jakąś księgę o uprawianiu
ziół. Nie podniosła oczu na Vill, jakby wielce zainteresowana
lekturą. Miała białe, krótkie włosy, wygolone z jednej strony, z drugiej opadające swobodnie dłuższe z przodu przy brodzie. Oblizała wargi i przewróciła stronę.
- Co tu robisz? -
zapytała Vill
- Przeglądam twoje
książki. Nie powinnaś tyle spać, nie uderzyłam cię aż tak
mocno – odparła tamta.
Faktycznie Vill
czuła ból w karku, pomasowała się tam delikatnie, jej palce
natrafiły na dwa małe punkciki na szyi.
- Piłaś ze mnie –
zauważyła.
- Ledwie
zasmakowałam, choć trzeba przyznać smakowita jesteś – w końcu kobieta spojrzała na nią czerwonymi
oczami – tyle się męczyłaś z tymi szarakami, że już mi się
odechciało patrzeć.
- Gdzie oni są?
- Zniknęli kiedy
straciłaś przytomność – białowłosa odłożyła książkę.
- Czy wy przypadkiem
nie potrzebujecie zaproszenia, by wejść do cudzego domu? - zapytała
zgryźliwie.
- Oh, to bujda –
wampirzyca lekko się uśmiechnęła.
- Kłamiesz.
- Owszem – odparła
tamta.
- Więc jak tu
weszłaś? I kim u licha jesteś?
W ułamku sekundy
poczuła jak ciało wampirzycy przyciska ją do materaca. Jej blade
ręce chwyciły ją za nadgarstki, twarz znalazła się bardzo
blisko jej twarzy. Błysnęły białe kły.
- Grzeczniej –
warknęła jej w twarz – uratowałam cię, należy mi się trochę
wdzięczności.
- A mnie nieco
odpowiedzi – odparła Vill niewzruszona pokazem siły. Patrzyła
hardo w czerwone oczy, mimo że serce waliło jej ze strachu – Na
przykład kim jesteś, skąd o mnie wiesz i jak tu weszłaś? Potem
możemy skoczyć na piwo.
Usta kobiety
zbliżyły się do jej szyi. Przez chwilę trwała tak, jakby się
zastanawiała. Vill poczuła chłodne wargi na swojej skórze.
Sekundę później wampirzyca stała już koło łóżka.
- Moje anioły cię
widziały – odparła.
- Mówisz o tych
kamiennych na cmentarzu? - zapytała, podnosząc się.
- Tak, przyszłam
sprawdzić coś za jedna – odwróciła się, by odejść i przez
chwilę stała tak z dłonią na klamce drzwi sypialni. - Ortana –
zdradziła swe imię i chwile później już jej nie było.

Czasami ratunek przychodzi do nas z najmniej spodziewanej strony...
OdpowiedzUsuńŚwietne opowiadanie, miło było się zanurzyć w tym świecie...
OdpowiedzUsuńokularnicawkapciach.wordpress.com
I niby ratunek, ale czy na pewno?
OdpowiedzUsuńKtoś tam się zanurza w smuteczki...
Trzeba mocniej przejść na jasną stronę by wróciła radość;)
Opowiadanie świetne :) A żałoba, to jednak proces, musi potrwać, musi się przetoczyć, ma swoje prawa. Powoli...
OdpowiedzUsuń